„Wołanie kukułki”, Robert Galbraith

0

Jedną z zalet grudnia jest fakt, że zazwyczaj przybywa mi wtedy kilka pozycji w domowej biblioteczce. Dzięki jednej z Gwiazdek weszłam w posiadanie najnowszej książki J.K. Rowling. Na wstępie zaznaczę, że jestem bezwarunkową wielbicielką Harry’ego Pottera i przed przeczytaniem pierwszej książki Rowling „dla dorosłych” miałam pewne obawy. Jednak Trafny wybór okazał się po prostu świetny, więc z niecierpliwieniem czekałam na jej kolejną książkę. Została wydana pod literackim pseudonimem Robert Galbraith. Kiedy okazało się, kto jest autorem książki wiele osób zarzucało Rowling, że ukrywanie się pod pseudonimem to celowy zabieg marketingowy, mający na celu podniesienie sprzedaży kryminału, który nie sprzedawał się najlepiej. Śpieszę z wyjaśnieniami: książka Rowling pod pseudonimem wcale nie sprzedawała się źle, jak na debiutującego pisarza kilkanaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy to dobry nakład. Poza tym, od początku podejrzewano, że książka jest za dobra jak na nikomu nieznanego autora, kiedy pojawiły się pogłoski o jej prawdziwej autorce jedna z gazet wynajęła nawet językoznawcę, który porównał słownictwo w Harrym Potterze i Wołaniu kukułki. Ostatecznie do ujawnienia tajemnicy przyczynił się prywatny prawnik autorki, który opowiedział przyjaciółce swojej żony o tajemnicy Rowling. W pełni rozumiem chęć Rowling do wydania książki pod pseudonimem, dzięki temu nie była oceniana przez pryzmat autorki Harry’ego Pottera. Nie ma co ukrywać, że Rowling nie potrzebuje większej reklamy, jej nazwisko jej marką samą w sobie. Ja jednak cieszę się, że tajemnica wyszła na jaw, bo dzięki temu jako polska czytelniczka miałam szansę się z nią zapoznać.

Co do samej książki – bez wątpienia to naprawdę dobry literacko kryminał. Mamy tu pełnokrwiste, ciekawie wykreowane postacie, Londyn jako bogate tło fabuły i intrygującą zagadkę. Autorka zastosowała tu bardzo ciekawy zabieg – główny bohater, detektyw Cormoran Strike stopniowo rozwiązuje zagadkę, jednak nie ujawnia swoich przemyśleń czytelnikowi, jak to zwykle się dzieje w trakcie przebiegu kryminału. Mamy dostęp tylko do części faktów i dwa rozwiązania: albo sami spróbujemy odpowiedzieć na pytanie kto zabił, albo jak najszybciej skończyć książkę. Nie polecam jednak drugiego rozwiązania, bo wolniejsze czytanie pozwala na rozsmakowanie się w detalach, w które bogata jest książka. I, za co uwielbiam w Rowling, możemy wyczytać z jej powieści podejście autorki do kondycji człowieka, sławy i relacji międzyludzkich. Serdecznie polecam, zarówno fanom Harry’ego Pottera (scena seksu napisana przez autorkę książek z naszego dzieciństwa to nie byle co;)) jak i osobom, które chcą dobrze zainwestować swój czas. Bo bez wątpienia warto!

I na koniec dobra wiadomość – Rowling planuje wydanie kontynuacji Wołania kukułki w 2014 roku.

Rowerowy kolaż.

1

Zaczęło się od wizyty w sklepie z materiałami budowlanymi (nie ma jak wyprzedaże poświąteczne). Kupiłyśmy podobrazie za 10 zł. Jeśli ktoś chciałby stworzyć coś swojego, to polecamy ten sposób, czyste trudno jest spotkać w dobrej cenie, a i tak trzeba je pomalować. Przed przeróbką wyglądało tak:

Do przerobienia P. wykorzystała:

  • podobrazie,
  •  białą farbę olejną,
  • białą farbę akrylową,
  • pędzle, zwykły klej (nie stosować kleju Magik, ponieważ pomarszczy on kartkę),
  • domową drukarkę :)

Pierwszym etapem było pomalowanie podobrazia białą farbą olejną i odczekanie do wyschnięcia (informacja, ile trzeba czekać znajduje się na opakowaniu każdej puszki). Użyła tej farby, ponieważ od razu pokrywa każdy obraz i jest powszechnie dostępna.

Po wyschnięciu pomalowała płótno białą akrylową farbą, która daje efekt pociągnięcia pędzlem, powierzchnia obrazu nie jest zupełnie jednolita i błyszcząca.

W czasie, kiedy farba schła P. poszukała w Internecie zdjęć z rowerami i przycięła je do odpowiedniego rozmiaru. Wybrała czarno – białe, żeby pasowały do obrazu, który już posiadamy (pozdrawiamy Magdę :)).

Po wydrukowaniu i dokładnym wycięciu obrazków P. nakleiła je na wyschnięty obraz. Można nakleić je również na świeżą farbę (chociaż jest to trudniejsze). Ważne jest odpowiednie wymierzenie odległości między obrazkami.

Można podziwiać już gotowy efekt (pod spodem obraz pasujący do rowerowego kącika :)).

Brownie jest przepysznym, megasłodkim ciastem. Już mały kawałek wystarczy na zaspokojenie całodziennego apetytu na czekoladę. Kiedyś przeczytałam o nim, że jest ciastem którym nie trzeba się przejmować – i tak zawsze wychodzi jak zakalec. Składniki potrzebne do upieczenia ciasta:

  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady,
  • 6 jajek,
  • 30 dag cukru,
  • 20 dag masła,
  • 10 dag mąki pszennej

Czekoladę z rozdrobnionym masłem roztapiamy w kąpieli wodnej. Po roztopieniu studzimy. W czasie studzenia jajka ubijamy mikserem, stopniowo dodając cukier i mąkę. Do masy jajecznej wolnym strumieniem wlewamy przestudzoną masę czekoladową. Ciasto wlewamy do wyłożonej papierem do pieczenia blachy. Pieczemy 25 – 30 min w piekarniku rozgrzanym do temperatury 200 stopni.

Dobrze zrobione brownie ma na wierzchu chrupiącą czekoladową skórkę, pod nią kryje się miękkie, wilgotne i rozpływające się w ustach ciasto. Smacznego!

Dotychczasowa twórczość.

0

Postaramy się prezentować na blogu na bieżąco (i etapami) rzeczy wykonywane przez P. Na razie przedstawiamy przegląd jej dotychczasowych dokonań w dziedzinie DIY.

Zegar powstał z posiadanego przez nas z nadrukiem zdjęcia Marlin Monroe. Jako że rowery to nasza miłość, to musiało się tak skończyć :) na szczęście okazało się, że świetnie pasuje do nowego mieszkania.

Pudełko przerobione ze starego pudełka po butach, przy pomocy papieru pakowego, który według P. jest najlepszym na świecie materiałem do własnej twórczości oraz przy wykorzystaniu przyniesionego przez Mikołaja dziurkacza w kształcie kropek.

Ponieważ w całym kraju nie wyprodukowano idealnego kalendarza, a to kwestia niezwykle istotna – wszak kalendarz jest z nami przez cały rok – to należało go stworzyć. Składają się na niego: zwykła deska, do której został przykręcony uchwyt, kropki wycięte z pocztówek zakupionych kilka lat temu na wyprzedaży w Empiku (po 99 gr za sztukę) oraz kartki przyczepiane przy pomocy zapięcia od segregatora. Dzięki takiemu rozwiązaniu kalendarz może nam służyć przez długie lata (można dowolnie zmieniać tło oraz wzór kalendarza).

Napis, który wisi w naszej kuchni (zawsze jest dobry czas na kawę!) to ziarenka kawy przyklejone za pomocą pistoletu do kleju na płótnie od obrazu. Nie obyło się bez kilku oparzeń…

Dwa kolejne obrazy z cytatami powstały na obrazach znalezionych w nowym mieszkaniu, które prawdopodobnie są starsze niż my, przedstawiały dzbany z kwiatami. P. nakleiła na obraz litery, popryskała sprayem, a po wyschnięciu delikatnie odkleiła literki.

Czy coś zostanie?

1

Moja przygoda z Jodi Picoult rozpoczęła się jeszcze kiedy byłam w liceum, obecnie na polskim rynku wydanych zostało 21 jej książek (jedna z nich jest propozycją dla nastolatków, napisana wspólnie z córką Jodi). Jest to więc moja 20 książka tej autorki, można powiedzieć, że jest moją dobrą znajomą. To, co zostało wydawana została przez wydawnictwo Prószyński i Spółka w 2013 roku.  Opowiada historię Sage, która mieszka w małym miasteczku i pracuje w piekarni, unikając ludzi.  Po śmierci matki, z którą nie może się pogodzić pomimo upływu czasu, uczęszcza na terapię dla osób w żałobie, gdzie poznaje Josefa, uwielbianego przez społeczność małego miasteczka staruszka, z którym zaczyna ją łączyć głęboka wieź. Niespodziewanie Josef wyznaje jej prawdę o sobie – jest byłym esesmanem, który nie mogąc znieść swoich wyrzutów sumienia z powodu swoich czynów, prosi Sage, aby pomogła mu umrzeć.

Choć na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się odrobinę naciągana, to po pierwszych stu stronach książka wciąga coraz bardziej. Jodi Picolut w każdej swojej książce porusza trudne tematy, stawiając czytelnika przed nierozwiązywalnym dylematem. Zaletą książki jest przeplatana narracja: czytamy historię Sage, a jednocześnie cofamy się do czasów II wojny światowej, gdzie akcja dzieje się w ówczesnej Polsce. Ukłony należą się dla autorki za reaserch do książki. My, Polacy, na temat II wojny światowej wiedzę chłoniemy wręcz od dzieciństwa. Autorka, będąc Amerykanką spojrzała na Holocaust z innej perspektywy, w czasie pisania odwiedziła obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Nie buduje czarno – białej historii, nie waha się napisać, że nie wszyscy Polacy pomagali Żydom.

Książka z wartką narracją, pomimo trudnego tematu czyta się ją szybko. Polecam na zimowy weekend czy długi wieczór.